Korespondencja „Nadwiślanina”.

Korespondencja „Nadwiślanina”.

Z Pomorza, 21 lutego.

           

Staremu przyjacielowi waszemu pozwolicie zapewne miejsca u was w sprawie
p. Ceynowy [w oryg. Cejnowy – red.], którego pisma i osoba od dawna mi znane jak może nikomu więcej.

            P. Ceynowa nabił sobie głowę myślami, które dziś istotnie do wielkiego wiodą przewrotu. Pierwsze jego pisma kaszubskie pojawiły się w kilku numerach dawniejszej „Szkółki Narodowej” [w rzeczywistości w „Szkole Narodowej” – red.] chełmińskiej, a pisywał wtenczas krótkie artykuliki o zwyczajach i mowie Kaszubów pod przybranym nazwiskiem Wójkasen. Lubo podówczas nie miał jeszcze na myśli osobnego kaszubskiego języka, a tym mniej narodu, lubo całością narodową widział dla ziomków swoich Polskę, a nie Słowiańszczyznę, przecież już wtedy odzywał się ze zdaniami tak ekscentrycznymi i tchnącymi jakąś odrębnością, że inni Kaszubi zmuszeni się widzieli prostować jego publikowane zdania. Po tych pierwszych jego dorywczych pracach poszły inne publikacje. „Rozmowa Polaka
z Kaszubą” – stary rękopis jakiegoś humorystycznego plebana, który zabawne zapatrywanie się kaszubskiego ludu na podaniową przeszłość Kaszub w rozmowie z mieszkańcem innych okolic Polski w narzeczu kaszubskim spisał. Pan Ceynowa dorobił do tego swoją pisownię
i tak publikował.

            Później poszła książeczka do Kaszubów, rodzaj elementarza, w którym już propaguje swoją kaszubską pisownię. Rzecz zapożyczona z czeszczyzny, ale wszystko powierzchowne, pogmatwane i niejasne, gdyż sam autor jeszcze całego materiału nie posiadał, ani nie przeniknął.

            Późniejsze druki: „Dorady lekarskie”, „Pięć głównych oddziałów ewangelickiego katechizmu (nota bene p. Ceynowa katolik!) nic nowego nie pokazują. Ja odbierając publikacje ziomka mego, które własnym nakładem uskuteczniał, dziwiłem się tylko, iż mu się nie sprzykrzy wydatek na druki, których nikt nie kupuje, które on darmo rozsyła zawsze po kilka egzemplarzy jednej osobie, a których lud kaszubski nie czytał, bo ich czytać nie umiał. Lud kaszubski bowiem czyta – gdzie czyta – po polsku, naturalnie łamiąc się niemało z trudnościami mechanicznego czytania; przyzwyczajony do polskiej pisowni i grafiki, nowości czeskich pana Ceynowy pojąć i przeczytać nie jest w stanie. Publikacje jego są czystym marnowaniem grosza, rzeczy śmieszne, dziwaczne, bez najmniejszego znaczenia i niebezpieczeństwa. Gdyby jaki apostoł Konfucjusza w swoim języku święte księgi rozdał Kaszubom, tyle by z nich rozumieli, co z pism p. Ceynowy.

            Gdyby p. Ceynowa został był przy swoich wydawnictwach, nie byłoby właściwie
o czym mówić; przeszedł przecież z literackiego na społeczne pole stowarzyszeń, a przez to rzecz inny wzięła obrót. Ostrzegam przecież, że i tak sprawie tej zbyt wielkiej wagi przypisywać nie należy, bo przez to znaczenie propagatora tylko by się powiększało; on sam przez się wielkiego wpływu nie wywrze, ani nawet za narzędzie użyty własnymi siły wielkiej przysługi oddać nie zdoła.

            Warto się przecież zastanowić nad następującymi punktami:

1.      co p. Ceynowie nadało ten antypolski kierunek,

2.      co on przez to zamierza,

3.      jakie w zabiegach jego niebezpieczeństwo.

Pierwszą pobudką do akcentowania kaszubizmu było u niego to samo uczucie partykularne, które Ukraińców, Podolanów, Litwinów i Mazurów naszych nawet w poezji do wychwalania swego rodzinnego zakątka wiodło. I on rozpływał się w piękności rzeczywistej
i uroczej, kaszubskiej ziemi, a jako doktorską dysertację napisał, ile pamiętam, coś botanicznego, o nazwach ludu kaszubskiego dla roślin lekarskich i ich domowym, zabobonnym często używaniu.

Nie myślał wtenczas o innym, jak o związku z polskim narodem. Wnet przecież jako lekarz doznał na objętej posadzie nieprzyjemności ze strony Polaków, a że brak mu było rozróżnienia osób od narodu, gorycz niższych przeciw wyższym, z domowego wychowania zapewne jeszcze powzięta, wybuchła i wzięła kierunek nie przeciw osobom lub warstwom społecznym, ale identyfikując panów i szlachtę z Polakami – postawiła Kaszubów przeciw Polakom. Do tego przyłączyły się idee panslawistyczne, marzenia młodzieńcze
o Słowiańszczyźnie i krok za krokiem oddalał się p. Ceynowa od polskości, aż doszedł do tego, że pytany przy wyborach poselskich, gdzie jako kandydat występował, czyby należał do poselskiego koła, odpowiedzi na to znaleźć nie umiał. Do tego skłonności jego osobiste, odrębny sposób życia oderwały go prawie całkiem od wykształczeńszych kół polskich, że albo w samotności, albo w towarzystwach o wiele niższych od jego wykształcenia zbierał gorycz
i jadowite często zapatrywanie się na wyższe koła społeczne, które zwał Polakami przeciwnymi nie jemu, ale Kaszubom – bo siebie za wcielony kaszubski naród uważa.

Tak usposobiony chciał p. Ceynowa ratować Kaszuby od zniemczenia a odszczepić je od żywiołu polskiego. W okolicy Słupska np. są protestanci Kaszubi, za których zgermanizowanie podobno pastorom przypadają osobne gratyfikacje. Dla tych wydał p. C. swój katechizm ewangelicki. Teraz przez swoje towarzystwo przemysłowe myśli spełnić to samo: uchronić od germanizmu [tj. germanizacji – red.], a odłączyć od polskości.

Utopie te bardzo niebezpieczne. Nowego narodu ani języka p. C. nie stworzy, ale propagowaniem jakiejś odrębności poprze tych, którzy od dawna Kaszubom prawią, że oni nie Polacy. Lud kaszubski począł się garnąć do czytania, naturalnie tylko w polskich książkach znajduje materiał. Jeżeli mu te książki z rąk wytrącają, natenczas albo czytać przestanie, albo do niemieckich się weźmie. Nadto po szkołach język polski już i tak ograniczony do minimum – jeżeli teraz wypieranie się języka polskiego dostrzec się da, natenczas całkowite wykreślenie bliskim niebezpieczeństwem. Tak więc oderwanie Kaszubów od polskich skarbów wiedzy najbliższym następstwem tej szalonej propagandy. Za nim idzie zniemczenie, a z tym w parze szwank religijny – bo już to prawdą tyle razy doświadczaną, że jedno toruje drugiemu u nas drogę.

Co na to począć, jak zaradzić? – Oto zwrócić uwagę duchowieństwa, wskazać mu szkaradzieństwa bezwstydne, jakich pan Ceynowa w „Frantówkach” swoich na duchowieństwo i na przyzwoitość nagromadził, obeznać je z nieznanymi mu dotąd publikacjami i zabiegami
p. doktora, a małym nawet pokrzątaniem się ze strony duchownych pójdzie w rozsypkę
i zapomnienie, w śmieszność i pogardę nawet nowatorstwo Ceynowy.

 

(„Nadwiślanin”, nr 22 z 23.02.1866 r.) 

WSZYSTKIE TEKSTY CYKLU >> 


↑ Przejdź do góry strony